Najnowsze wpisy, strona 27


Bez tytułu
Autor: solei
16 stycznia 2004, 20:33

Kilka minut, sekund tego uczucia wszechogarniającej radości i optymizmu, tej irracjonalnej wiary, że będzie świetnie  i –“ech w ogóle świat jest piękny!” Kilka sekund rozpierającego ciało szczęścia . Głęboki wdech mroźnego powietrza, szumek w głowie i nadzieja, że : jutro będzie dobrze i pojutrze, i za tydzień, miesiąc, rok, bo jak się chce to można, wystarczy wierzyć, pragnąć i być optymistą, i z radością patrzeć w przyszłość, i nie poddawać się, bo przecież wszystko jest do przezwyciężenia , wszystko co złe minie, warto się skupiać na plusach a nie spisywać błędy i .. i w ogóle wszystko będzie piękne, bo przecież wiosna, przecież słońce, zapachy i to powietrze takie rześkie o poranku, świergot ptaków i te wszystkie banały – wszystko już za chwilę i ....

... i sekunda mija, powietrze uchodzi z płuc – balon pęka z hukiem i opada spompowany na ziemię.

Chemia rozeszła się radością po mym ciele i wniknęła błyskawicznie nie wiadomo gdzie, a świadomości nie pozostawiła nawet namiastki. I tyle z tego uczucia zostało, co nic. Było minęło. Koniec.

Całe życie to tylko krótsze, dłuższe, najdłuższe, ale zawsze – chwile – warte czegokolwiek.

Nonsens ... Czasami tak się odechciewa.

Bardzo się odechciewa.

A czekanie na momenty wykańcza .. do następnej chwili.

No i figa. Nie wrzuciłam saszetki herbaty do wody. Wystygła. Już się nie zaparzy. Było minęło.

Bez tytułu
Autor: solei
12 stycznia 2004, 19:17

Spotkałam koleżankę, kumpelkę jeszcze ze szkoły. Sympatyczna osóbka, więc umówiłam się z nią na wieczorny wypad “wspominkowy”. Duża kawiarnia. Aromat napoi i tytoniu drażnił mi nozdrza, ale było miło – miły wystrój miejsca i miłe towarzystwo. Zaczęłyśmy wspominać, a że każda z nas pamiętała nieco odmienną wersję zdarzeń, uśmiałyśmy się przy tym do łez.  Najpierw jednak rozmawiałyśmy o teraźniejszości , o naszych małych, odrębnych światach. Ona – edukacja zakończona na szkole średniej, praca w sklepiku, chłopak i plany małżeńskie – wielka miłość. Ja – chaos w życiu osobistym, żadnych filarów na przyszłość i studia nadające kształt moim dniom... Szybko powróciłyśmy do rozmowy o niej – jej uczuciach i przeżyciach. Jaka jest szczęśliwa, jaka jest beznadziejnie w niego zapatrzona, jak tylko on determinuje każdą jej myśl, słowo, dzień. Jakie szalone pomysły na przyszłość mają. Szczebiotała niczym piętnastolatka o platonicznej miłości. Jestem dobrym słuchaczem. Nie wcinam się bezpardonowo w czyjeś wypowiedzi. Przy tak konsekwentnie kierowanej przez nią rozmowie, nie próbowałam narzucić się z opisami własnego życia.

W czasie jej monologu dostrzegłam ten swoisty egoizm miłości i szczęścia : nic nie jest ważne poza mną, nie jest ważny inny człowiek, gdy “ten najważniejszy” wciąż tkwi w moich myślach. Świat zawęża się do jednej postaci, zacieśniają się horyzonty.... Lecz jak długo mogą się tak  zmniejszać? Póki nie zaduszą?  Póki nie otworzymy oczu i nie powiemy: “ oddałam ci wszystko! – bez ciebie nie istnieję; bez ciebie nie ma świata”....

Może nie warto? Może trzeba na zapałkach podtrzymywać opadające w miłosnej ekstazie powieki i odnajdywać sens w innych sprawach? Utrzymywać kontakty ze światem, by później, jeśli miłość umrze, jeśli się nie ziści, nie ostać się “w tłumie ludzi, choć sam” .... by nie odczuć, że świat tak długo dla nas nie istniał, że teraz jest już obcy ... Czasami widzę ofiary wieloletnich a skostniałych związków i zauważam jak powoli budzą się do nowego życia – uczą się jak być samemu, jak zapełnić tę pustkę pozostawioną przez drugą osobę...

Mieć oczy otwarte – nawet gdy patrzy się tylko w jednym kierunku. Widzenie peryferyczne wskazane. Tym sposobem można by nadać nieco racjonalności uczuciu... Utopia. Coś nie do zrealizowania....  A szkoda?

prowokacje?
Autor: solei
10 stycznia 2004, 14:43

- Tego nikt nie rozumie, a najmniej moja żona. Myśli, że wielka miłość wyraża się w ten sposób, że człowiek zupełnie nie zadaje się z innymi kobietami. A tymczasem to bzdura. Nie ma chwili, by nie ciągnęło mnie do jakiejś obcej kobiety, ale gdy tylko ją posiądę, coś jakby potężna katapulta odrzuca mnie od niej na powrót do Kamili. Czasami mówię sobie, że za tymi innymi kobietami uganiam się wyłącznie dla tej katapulty, dla tego odrzucenia i cudownego lotu (pełnego czułości, pragnienia i pokory) do własnej żony, którą z każdą kolejną niewiernością kocham coraz to bardziej.

- Wiadoma sprawa – odparł Slama. – Jasne i ciemne włosy to dwa bieguny ludzkiego charakteru. Włosy ciemne znamionują męskość, odwagę, szczerość i energię, podczas gdy jasne symbolizują kobiecość, delikatność, bezsilność i bierność. Blondynka jest więc niejako kobietą do kwadratu. Królewna musi mieć złote włosy. Dlatego też kobiety, które chcą być jeszcze bardziej kobiece, farbują się na płowo, a nigdy nie na czarno.

- Bardzo by mnie interesowało, w jaki sposób pigment wywiera wpływ na duszę człowieka – rzekł Bertlef powątpiewająco.

- Tu nie chodzi o pigment. Blondynka, zwłaszcza sztuczna, mimo woli dopasowuje się do swych włosów. Chce być wierna swojemu kolorowi i robi z siebie kruchą istotkę, laleczkę z saskiej porcelany, domaga się czułości i przysług, galanterii i alimentów, sama nic nie umie sobie załatwić, na pozór jest szczytem subtelności, a w gruncie rzeczy chamką. Gdyby ciemne włosy weszły powszechnie w modę, żyłoby się na świecie o wiele lepiej. Byłaby to najpożyteczniejsza reforma społeczna, jaką kiedykolwiek przeprowadzono.

*

Wie pan, kto jest największymi mizoginami na świecie? Kobiety. Panowie, żaden mężczyzna, nawet pan Klima, w którego już dwie damy wmawiały, że zaszły przez niego w ciążę, nigdy nie czuł takiej nienawiści do kobiet, jaką czują do siebie one same. Jak się panom wydaje, po co one w ogóle starają się nas usidlić? Tylko po to, by zranić i poniżyć swe koleżanki. Bóg włożył kobietom w serca nienawiść do innych kobiet, bo chciał, żeby ludzkość się rozmnażała.

 

Milan Kundera: “Walc pożegnalny”

rozmowa
Autor: solei
06 stycznia 2004, 19:32

 

- cześć skarbie!! :-)))

- o! witam

- ale się za tobą stęskniłem!!!

- :-) no tak. zapewne ...

- jak tam święta kochanie? jak ci minęły? jak sylwester? gdzie byłaś ? dobrze się bawiłaś? poderwałaś kogoś? powiedz! poderwałaś??...

- mam odpowiadać czy pytasz dla zasady?

- hahaha ! :-)) no tak! przepraszam!! co słychać?!

- w sumie nic nowego...

- a ja bawiłem się świetnie! byliśmy w górach!! mówię ci, rewelacyjnie!! szkoda, że ciebie nie było!! ...ech kochanie! ale się stęskniłem!

- no myślę ;-) nie odzywałeś się od paru ładnych miesięcy...

- a!.. wiesz jak jest!! hahahaa :-)) ale się poprawię!! gdzie idziemy?? masz czas? wyskoczymy gdzieś??

- mam egzaminy...

- aaaa.. no tak ... mówiłem, że niepotrzebnie poszłaś na dzienne!! już w ogóle nie masz dla mnie czasu!! to co? kiedy gdzieś wyskoczymy?? a mówiłem ci ?? kupiłem już szafki do przedpokoju, mieszkanie jest już prawie urządzone! koniecznie musisz zobaczyć!! kiedy podjedziemy?? ...wiesz kotku, że chcę by to było nasze gniazdko!!.. a w ogóle dzięki za życzenia!! to co?? ... wyjdziesz za mnie??!!...

 

nie znałam.. albo nie poznaję. zbyt wiele zmian.

irytacja. ;-)

noworoczne postanowienie
Autor: solei
02 stycznia 2004, 00:37

Dostosuję się do okoliczności . Napiszę o moim postanowieniu noworocznym.

Moim postanowieniem jest nic nie postanawiać. Żadnych : “zrobię to, osiągnę to, uzyskam to, dojdę do tego, pozbędę się tego...” nic. Wejdę w Nowy Rok z mocnym postanowieniem, że oto przestaję się starać i o cokolwiek zabiegać. “Niech się dzieje wola nieba...”

Wiem, że według bardzo mądrych ludzi, którzy mają receptę na szczęśliwe życie, którzy żyją sobie jak u Pana Boga za piecem i chętnie się swymi mądrościami dzielą z maluczkimi, wszelkie postanowienia są silnym motorem do działania. Trzeba mieć ambicje i jasno sprecyzowane dążenia by można było się zrealizować...O! I czyż to nie banalnie proste ?

Tylko co w sumie oznacza zrealizowanie siebie ? Wyścig w określonym kierunku ? Dostosowanie się do oczekiwań narzucanych przez społeczeństwo ?   Gdy tylko to osiągniemy, w pierwszej minucie odetchniemy z ulgą i radością by nagle uświadomić sobie , że oto zamajaczył następny cel ... hen, daleko na horyzoncie... Do biegu gotowi , start !! Zwieszony jęzor, żołądek skurczony, puls rozszalały aż serducho pada. I wciąż to samo, wciąż od nowa – z każdym trzydziestym pierwszym dwunastym... Nie jest tak ? Nie wierzę, że nie !

No więc jakoś mi się odechciało. Coś moja kondycja zaczyna zawodzić : stawy wysiadają, mięśnie z zakwasami, przegrzany organizm zaczyna odmawiać posłuszeństwa... Jaskrawym przykładem jest moje pismo: dawniej pięknie prowadzone pióro, dziś nerwowe, nieregularne, kanciaste gryzmoły niczym hieroglify trudne do rozszyfrowania. Dawniej zawijasy nad literkami, płynność, lekkość i fantazja w stawianiu liter. Dziś dostrzegalny pragmatyzm – silne, zdecydowane zakończenia dolnych części, prostota i szybkość bijąca z kształtów....

Zmęczona tym, postanawiam : nie postanawiam niczego poza wsłuchiwaniem się w odgłosy bulgotania w mym żołądku. Nie uleganie stresom będzie moim naczelnym dążeniem, a tym samym zachowanie mych organów w przyzwoitym stanie. Żadnych nadziei, żadnych pragnień, ani szczególnych celów do osiągnięcia. Ot jak się uda, to będzie dobrze, jak nie wyjdzie, to znajdę okrężną drogę...albo i nie znajdę! Wszystko jedno! Bo im bardziej się staram, im szybciej biegnę, tym mniej osiągam. Cele się mnożą, oddalają i gwiżdżą sarkastycznie na maratończyka. No to i ja – bezczelna w swej złośliwości – od czwartku zacznę na nie gwizdać !

I pewnie, jak każde z noworocznych postanowień, tego także nie uda się zrealizować ...

 

 

Notka powstała 30/12/2003 . Nie została wstawiona o czasie z powodu siły wyższej.. :-/