Najnowsze wpisy, strona 29


W życiu nie ma nic za darmo?...
Autor: solei
05 grudnia 2003, 22:10

Studia – wymarzone przez niektórych nastolatków, opluwane przez niektórych świeżych magistrów. Można je skończyć, otrzymać papier, a w głowie mieć papkę zamiast światopoglądu. Różne są postawy wykładowców (rzadko kiedy prawdziwie zachęcające do przedmiotu) a pomysłowo – olewcze nastawienia studentów.

Czasem jednak zdarzają się zajęcia, które powodują odrobinę zastanowienia: “czy na pewno wszystko jest takie oczywiste, jak się wydaje?”.

Altruizm – rzeczywiście istnieje, czy to tylko “lepsza strona” egoizmu?

Burzliwa była, dziś na ćwiczeniach, dyskusja nad tym tematem i wcale nie owocna. Powstały dwa fronty – jak zwykle: orędowników i przeciwników. Jedni krzyczeli, że sztandarowy przykład stanowi Matka Teresa, drudzy go obalali w stwierdzeniu, że “z każdym dobrym uczynkiem Matka miała jeden stopień bliżej do nieba”... Koleżanka stwierdziła, że pracuje jako wolontariuszka w ratownictwie, po czym usłyszała, że przyjemność, jaką się z tego czerpie, jest dla wielu ogromnym wynagrodzeniem... Na każdy argument od razu pojawiała się kontra.

A co ja o tym myślałam?

Ja siedziałam dziś cichutko bo dzień fatalnie mi się zaczął i nie miałam ochoty na scysje . W ogóle publiczne debaty niespecjalnie mnie pociągają. W czasie ich trwania poziom adrenaliny skacze uczestnikom w zastraszającym tempie i można niepostrzeżenie z “przyjaciela zrobić sobie wroga”. Parę słów nieodpowiednich, kilka nie– wspierających uwag aby podkopać swoją pozycję w oczach znajomych : wiele bowiem osób nagradzającym zachowaniem zjednuje sobie przyjaciół. Takich “przyjaciół”, którzy dadzą im siłę w radzeniu sobie z przeciwnościami, którzy klepną ich po ramieniu i poprą w najbardziej kretyńskiej sytuacji – nawet, gdy w duchu nie zgadzają się... Nic nie warci przyjaciele? Pewnie tak – ale za to jacy wygodni, kiedy trzeba trwać przy nich, w grupie formalnej...

Nie jest czynem bezinteresownym danie koleżance notatek z wykładu, czy pomoc jej w czasie egzaminu, nawet jeśli oficjalnie nie żądam nic w zamian. Mimo, że ją bardzo lubię, czynem tym zjednuję sobie jej przychylność. Za rok, prosząc, by poleciła mnie w pracy, uderzę w jej “poczucie zobowiązania” i wdzięczności (-sytuacja autentyczna).

Nasuwa mi się tu porównanie do swoistej inwestycji – “wrzucam” w kogoś moją przyjaźń, by później zwróciła mi się z nadwyżką: obdaruję partnera przychylnością i wdziękami a on w zamian za to kupi mi kwiaty, pierścionek zaręczynowy i trwał przy mnie będzie całe życie; pielęgnuję swe dziecko by ono w przyszłości zaopiekowało się mną...

Upraszczam?? Może trochę. Ale, dlaczego w przypadku , gdy te “inwestycje” nie przynoszą zysków, rodzi się forma buntu przeciwko nim? Dlaczego kobiecie oddającej się nieszanującemu jej mężczyźnie mówi się, że powinna przestać dawać się wykorzystywać – że on na nią nie zasługuje? Dlaczego matki mówią o opuszczających je dzieciach “wyrodne!! starej matki już nie potrzebują, więc ją do domu starców...”. Skąd się bynajmniej wziął zwyczaj opieki nad starszymi ludźmi (poza tym oczywiście, że jako starszyzna, byli mądrzy i mogli się jeszcze do czegoś przydać). Dlaczego za każdą formę “inwestycji” oczekujemy “zysków”?

To przypomina mi formę zachowania równowagi w przyrodzie: gdy bilans musi wyjść zawsze na zero by panowała harmonia... Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. Jak postąpisz z ludźmi tak cię będą traktować. Daj coś z siebie by coś zyskać...

Mam wrażenie, że każda sfera naszego bytu jest tym piętnem obciążona. Każda bez wyjątku... Bo, jak napisał w komentarzach jeden z naszych kolegów: “każdy człowiek jest egoistą”, dąży więc do zapewnienia sobie wygodnego życia...Tak na marginesie – zdaje się, że teorię “egoizmu” najlepiej przedstawił Richard Dawkins w książce : “Samolubny gen”. Nie będę tu jednak przytaczała cytatów, bo książka aktualnie znajduje się u mojego kolegi.

To chyba ten egoizm popycha nas do tej ciągłej wymiany społecznej. Ten pęd, by wykorzystując wszelkie możliwe sposoby “zrobić sobie dobrze”. Gdzie tu więc miejsce dla altruizmu, skoro wszystkie nasze “energetyczne wydatki” muszą się zwrócić, by zapewnić nam spełnienie pragnień?...

Wolontariusz czerpie satysfakcję (często nieświadomą) z niesionej pomocy. Zaspokaja swą potrzebę bycia przydatnym, lub też czuje się fantastycznie , gdy zdaje mu się, że robi coś dla innych, bez osiągania prywatnych korzyści... I najczęściej te pozytywne doznania są dla niego wystarczającą gratyfikacją czynów. Robi więc w sumie coś dla siebie... bo czy ktoś, kto nie poczuje chęci wykonywania tej pracy, kto nie będzie czerpał z niej radości, będzie się nią zajmował? Można zmusić kogoś do wolontariatu?

Wątpliwości w kwestii “czystego altruizmu” wyraziła dziś także zakonnica. Przyznała się do rozmowy z księdzem, który zasugerował jej pewną myśl: “Co jest lepsze? Brak jabłka czy jabłko nadgnite?”... Lepiej więc pozbawiać się tej naszej “altruistycznej strony”, z racji tego, że jest wypaczona, czy pozwolić, by chociaż ten “lepszy egoizm” zaczął dominować?

Nie znam prawdy! Nie jestem pewna czy altruizm istnieje, czy jest tylko “przykrywką”, wymysłem kultury na zasłonięcie żenujących nas, pierwotnych, zwierzęcych instynktów... Nie wiem...

Jedna z koleżanek, twardo obstająca za “czystymi” pobudkami niesienia pomocy, skwitowała swoich przeciwników: “ O Jezu! Ale ten wasz świat jest straszny!”

Przeczytałam tę notkę jeszcze raz i zauważyłam, o ile więcej można by powiedzieć w tym temacie, ile argumentów za albo przeciw użyć... Jestem już jednak zmęczona więc nic nie dodam. Zresztą... zapisałam sobie kiedyś w pamiętniku... chyba z dziewięć lat temu: “Myśli moje głębokie, a kartka taka płytka” J .... to chyba pasuje do mojej oceny altruizmu.

KOTEK...
Autor: solei
01 grudnia 2003, 19:16

Udało mi się w końcu przechwycić, bardzo istotną dla mojej pracy mgr, książkę. Przejechałam pół miasta, by ją odebrać z biblioteki, a że podczas jazdy siedziałam na miejscu pasażera (wciąż nie daje mi spokoju myśl, że nigdy nie zrobię prawa jazdy! :/ ), przez blisko godzinę podziwiałam szarość dzisiejszego dnia. Szare niebo i szarzy ludzie drepczący po szarej ziemi. Jeden wielki smętny obraz. Żadnych szczegółów, detali, motywu do zawieszenia oka nie dostrzegałam.   I tak do momentu, gdy mym oczom ukazała się postać wesołej, młodziutkiej istotki, koślawo biegnącej do autobusu. Błękitna czapeczka z daszkiem – głęboko osadzona na blond główce; żarówiasto – różowa, puchowa kurteczka – z lekka przykrótka i ciasna; czerwone dzwonowate spodnie – szargające się niechlujnie po ziemi i czarne wiosenne szpileczki – wykrzywiające, nieprzystosowane do obcasów, szybko przebierające stópki...

Był to widok niecodzienny i jakże uroczy! Przyciągał publiczną uwagę z mocą scenki ukazującej kłapouchego szczeniaka pomiędzy rozbrykanymi trzylatkami. Istotka biegła z tak wesolutką i dumną minką, że uznałam, iż fakt zwracania na siebie uwagi, przynosi jej ogromnie dużo radości. Cóż no, dziwić jej się chyba nie powinnam. Dziewczę stanowiło swoisty promyczek w tym zszarzałym świecie. Ściągając na siebie uwagę odwracała ją od codziennych spraw każdego przechodnia i powodowała, że robiło się weselej. I co tam, że tworzyła widok tak komiczny, że aż żałosny – skoro jej to nie ruszało, to mnie tym bardziej. Najwyraźniej było jej z tym dobrze.

I tak sobie myślę teraz, ile zabiegów potrafią ludzie poczynić, by wyróżnić się spośród tłumu. Ile pomysłów przychodzi im do głowy, by zapobiec procesowi “stapiania się” z otoczeniem. Silna jest ta potrzeba indywidualizmu i ostre są jej przejawy. Kiedy przy takiej zewnętrznej różnorodności coraz trudniej znaleźć dla siebie odpowiednią maskę, dochodzi się do tworzenia idiotycznych póz i kretyńskich zachowań...

Przeczytałam ostatnio, że każdy, kto usilnie podkreśla swoją odrębność, chce pokazać swoją nietuzinkowość, oryginalność i niebanalność, wskazuje tym samym, że nie patrzy w głąb siebie. Nie nad sobą się zastanawia i , zdaje się, nie dla siebie samego się wysila. Jego oczy zwrócone są ku światu. Na nim skupione: by toczyć z nim ciągły wyścig i regularne przepychanki – aby tylko robić coś wbrew niemu, by tylko się odróżnić. Gdzieś zanika wtedy ta głoszona wolność. Ciężkie do pojęcia staje się twierdzenie, że poprzez przejawianą odrębność stajemy się niezależni i autonomiczni.... Jest to paradoks, bo biegnąc ciągle w tym maratonie ze światem, nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy do niego przywiązani, ile skupienia i uwagi wymaga od nas podążanie za modą by uzyskać ten efekt “nie-podążania” ! O ile łatwiej byłoby żyć swoim życiem wewnętrznym i tym właśnie sposobem: niezależnie, indywidualnie, oryginalnie i niebanalnie, bo odlegle od zewnętrznych wpływów świata.

Patrzę na tych szarych ludzi na ulicy i myślę, że: taki zwykły, niedostrzegalny mężczyzna idący pod dużym, czarnym parasolem, w znoszonych, starych półbutach i szarych, niemodnych spodniach może być o wiele większą indywidualnością niż ta krzykliwa, różowa nastolatka próbująca się wyróżnić. On pewnie jest o wiele bardziej od niej wolny...

Ale dziwna jest ta ludzka natura, skoro autonomii szukamy w zewnętrznych a nie wewnętrznych przejawach. I zaznaczamy usilnie swoją obecność dopominając się od ludzi uwagi i dostrzeżenia.... I tym sposobem pojawiają się pod wartościowymi, ciekawymi notkami lakoniczne, irytujące komentarze: “Fajny blog, ale zajrzyj do mnie!!!!” A po zajrzeniu ukazuje się wielki, różowy, puchaty, przesłodzony, śpiewający.... kot!...

Hm.
Autor: solei
29 listopada 2003, 12:57

Znowu schudłam. Moje BMI nie może znaleźć się w granicach normy, tylko permanentnie znajduje się lekko poniżej. Teraz wynosi 18.5. Przyczyny spadku wagi nie do końca są mi znane, choć domyślam się dwóch: albo zdrówko mi nawala, albo stresy i niedojadanie robią swoje. Obydwie wersje są równie prawdopodobne. Niestety.

Według wszystkich koleżanek martwić się nie powinnam – a wręcz odwrotnie. Z drugiej jednak strony męskie spojrzenie na tę kwestię jest raczej odmienne. Sztandarowy przykład stanowi mój brat – od zawsze twierdzący, że kobieta powinna mieć “na czym siedzieć i czym oddychać” . Podobnie twierdzili moi eks , tj: “Możesz przytyć jeszcze parę kilo – będziesz jeszcze piękniejsza”...

Niby to nic nie znaczy. Ile osób tyle gustów i guścików. Jednak zaskakująco wielu mężczyzn deklaruje podobną opinię. Niejeden odmawia seksapilu zachudzonym modelkom oglądając się za krągłymi biodrami. Dostrzegam to nie tylko wśród znajomych i na ulicy, ale także statystyki męskich preferencji zdają się to potwierdzać. Nawet historyczne modele kobiecego piękna wskazują, że najbardziej pożądaną sylwetką była ta pełna łagodnych krzywizn i wcięć. I mimo, że najistotniejsze były tu odpowiednie proporcje,  tusza także odgrywała rolę, szczególnie gdy zaokrąglała charakterystyczne partie kobiecego ciała.

Zważywszy więc na te dane, dziwne wydają się zachowania coraz większej rzeszy kobiet. Rzadko kiedy spotykam dziewczynę, która nie wiedziałaby co to jest dieta. Co prawda są wyjątki: moja koleżanka, która nie odmawia sobie autentycznie niczego, narzeka, że nie może przytyć. Jednak zdecydowana większość pań usiłuje się pozbyć zbędnego tłuszczyku, o czym świadczy popularność różnorodnych diet.

Choć zaraz, zaraz: może ja się znowu zapędziłam?? Oczywiście mówiąc o mających czym oddychać kobietach nie mam na myśli osób otyłych, których tusza zdecydowanie przekracza normy. Zdarzają się jednak kobiety, które mimo, że wyglądają całkiem sensownie, stosują diety, w wyniku których upodabniają swe figury do ciał niemalże 13-letnich, nierozwiniętych jeszcze dziewczyn.

I pojawia się w tym momencie zaskakująca rozbieżność spojrzeń obu płci. Zaskakująca, ponieważ wydawało mi się , że kobiety wszystko co robią ze swoim ciałem, czynią dla mężczyzn (lub zdrowia) i pod ich dyktando. Oczywiście - każda taka moja deklaracja w damskim gronie spotyka się z oburzeniem i zapewnieniami, że kobiety robią to dla siebie – by poprawić sobie samopoczucie. Na czym jednak ma polegać to polepszenie nastroju, jeśli nie na zapewnieniu sobie poczucia bycia zadbaną i piękną?... no, bynajmniej piękniejszą niż natura sobie życzyła. A gdyby mężczyźni nie istnieli , lub gdyby kobietom nie zależało by im się podobać, chodziłyby w szpilkach, robiły makijaż, pielęgnowały maseczkami twarze czy włosy, tylko by zapewnić sobie dobry humor? Zdaje mi się, że wówczas ich zabiegi byłyby zupełną stratą czasu i energii ... Kiedy jednak męskie oko wyda pozytywną ocenę, kobieta rzeczywiście czuje się wspaniale – znam to z autopsji.

Dlaczego więc, te kierowane męskimi upodobaniami kobiety, robią coś wbrew nim? Czy jest to forma buntu – wynik emancypacji objawiający się w każdej sferze damskiego życia? Czy raczej pójście za modą? Ale moda kreowana była również przez mężczyzn, a bynajmniej do ich gustów dostosowana (te wszystkie gorsety, głębokie dekolty i spódnice mini), nie mogłaby więc być niezgodna z ich upodobaniami...

Niemałym zdegustowaniem napawa mnie teoria przedstawiona w książce N. Etcoff: “Szczupłość jako ideał urody nie ma żadnego uzasadnienia ewolucyjnego. Co więcej, dobór naturalny działa przeciwko takiej preferencji. Jak od pewnego czasu wiadomo, u kobiet z zaburzeniami łaknienia zanika płodność i zdolność do reprodukcji. [...] ograniczanie jedzenia może być nieświadomą strategią mającą na celu kontrolę reprodukcji. Zaburzenia łaknienia i szaleństwa na punkcie kolejnych diet doszły do głosu w latach sześćdziesiątych, kiedy kobiety uzyskały względną swobodę seksualną oraz niezależność finansową i zapragnęły opóźnić moment urodzenia dziecka.”

Sorry - ale chyba jestem nieprzystosowana do życia w tych czasach...

zapach mężczyzny..
Autor: solei
26 listopada 2003, 21:17

Zapachy. W nas i wokół nas. I taka ich różnorodność, że czasami nos wykręcają. Odrzucają, obrzydzają, drażnią; ale i prowokują, przyciągają i uwodzą. Męski zapach, a mam tu na myśli nie tyle ten naturalny ile sztucznie wytworzony, ma moc zniewalania kobiet.

Dziś w autobusie “poczułam” – jako że autobusy wszelkimi zapachami są zawsze przepojone –jak usiadł koło mnie przedstawiciel męskiego gatunku. Rozsiał wokół siebie tak zniewalającą woń, że automatycznie wyciągnęłam nos z książki, by sprawdzić jakim nieprzeciętnym sąsiadem w podróży obdarował mnie los.

I rzeczywiście – mężczyzna był niczego sobie, co przejawiało się nie tyle w harmonii jego rysów twarzy, ile raczej w ogólnym zadbaniu. Pewnie dzięki temu spojrzenie jego było pełne nonszalancji i pewności siebie...

No, w sumie na tym opowiadanie mogłoby się urwać, bo z uwagi, że nie mam zwyczaju podrywać mężczyzn, owego pana nie poznałam. Istotne w tym wszystkim jest jednak to, że zapach noszony przez tego człowieka był identyczny z tym, jakiego używał mój niedawny mężczyzna. Automatycznie więc w pamięci mej odtworzyła się postać M. i wszystkie zdarzenia, gdy zapach ten wyczuwalny był szczególnie intensywnie. Z reguły były to sytuacje intymne ale i pierwsze randki, wielkie wyjścia, ważne spotkania czy nawet zwykłe spacery.

Wrzucę tu sobie – bezładnie – informację, że uwielbiałam, gdy po każdym rozstaniu pozostawał mi na ciele i ubraniu ten jego zapach. Niesamowite jak długo potrafił się utrzymywać i jak cudowne uczucie błogości zapewniał !

Siła, z jaką wspomnienia te zostały przywołane, była na tyle duża , że do lektury już nie powróciłam – nie byłam w stanie się na niej skupić. Teraz zastanawia mnie tylko, dlaczego wielu mężczyzn nie docenia tego swoistego afrodyzjaku? Biorąc bowiem pod uwagę, że kobiece zmysły są zdecydowanie bardziej wyostrzone na zapachy (tu podpieram się książką N.Etcoff: “Przetrwają najpiękniejsi”), może warto by było używać tego do podbojów miłosnych, hm?? A tu, jak na złość, wielu panów mi mówi, że oni swój naturalny zapach tak wspaniały mają, że żadnych dodatkowych nie potrzebują!...

I owszem! Zgadzam się, że naturalny zapach własnego mężczyzny jest bardzo przyjemny (to podobno zależy od tego, jak bardzo partnerzy mają różne “główne układy zgodności tkankowej” -> znowu chemia do miłości się wdziera!), jednak działa on – nie tylko przyjemnie ile – zniewalająco w połączeniu ze “wzmacniaczem” !

No, może to jest tylko moje zdanie. Może tylko ja mam tak wrażliwy zmysł węchu, że przy odpowiednim zapachu uginają mi się kolana...Tylko dlaczego, minąwszy wyperfumowanego mężczyznę, odwraca się większość kobiet, a ulubionym prezentem gwiazdkowym, kupowanym dla partnera, są perfumy (jak wynika z deklaracji wszystkich moich koleżanek)?

I oczywiście – zapach to nie wszystko. Jednak może warto jest go dodać do arsenału broni podbijającej damskie serca, przynajmniej po to, by zrobić dobre pierwsze wrażenie?!

Bo – przynajmniej na mnie – to działa. I to jeszcze jak!...

PIĘKNA TEORIA
Autor: solei
24 listopada 2003, 15:25

Piękna jest teoria mówiąca, że kobieta i mężczyzna różnią się, by w połączeniu stworzyć całość; że jako jednostki mają cechy nawzajem się wykluczające a uzupełniające się w związku. Dążą więc do siebie, przyciągają się, bo życie w pojedynkę jest niepełne.

Piękna jest ta teoria, bo pozwala wierzyć, że świat urządzony jest bardzo sensownie. Każdy element ma swoje miejsce, rolę, więc można działać doskonale jak trybiki w szwajcarskim zegarku – bez wahania, bez niepewności, bez myślenia byle zgodnie z przeznaczoną odgórnie rolą.

Ładna ta teoria, tylko szkoda, że nie sprawdza się w praktyce. Cóż nam po tych wspaniałych różnicach skoro nie potrafimy się przez nie porozumieć? Odmienny sposób myślenia i spojrzenie na świat często uniemożliwia nam to doskonałe połączenie. Z hukiem rozpadają się związki...

Słyszy się często twierdzenie o przyciąganiu się przeciwności, podpierane banalnym przykładem biegunów magnesu. Wynika z niego, że im mniej wspólnego mamy ze sobą tym bardziej udany związek powinniśmy stworzyć. I o ile mogę się z tym zgodzić w zakresie różnic czysto fizycznych, to mało wiarygodne stwierdzenie to wydaje się , gdy rozpatrujemy je pod względem cech psychicznych. Sięgam więc po “Psychologię społeczną” Aronsona, w której czytam: “Na przekór ludowemu porzekadłu, że ‘przeciwieństwa się przyciągają’ najbardziej podobają nam się osoby, które są do nas podobne”...

Potwierdzając nieświadomie te słowa, szukamy sobie partnera, który – tak jak my będzie lubił kino; tak jak my – nie będzie jeździł na rolkach; tak jak my będzie słuchał Chopina i podobnie do nas będzie lubił placki kartoflane! Szukamy takiego osobnika przez lata. Przebieramy w kandydatach niczym w ulęgałkach , aż w końcu trafiamy niemalże na ideał !   Szybciutko tworzymy związek – gorące uczucie, wielki róż przed oczami, erupcje adrenaliny przy każdym spotkaniu... do czasu – oczywiście – gdy pojawią się pierwsze zgrzyty, drzazgi i drapnięcia.

Bo pojawić się muszą. Nie uda się ich ominąć. Wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że do tego dojdzie. To tylko kwestia czasu.  Nie ma idealnej pary – idealnego połączenia. Pod tą maską perfekcyjnego podobieństwa kryje się kobieta “A” i mężczyzna “Z”. I stojąc sobie po dwóch krańcach alfabetu, próbują pokonać wszystkie dzielące ich bariery by scalić się w jedność. Dążą do siebie , ścierają się z przeciwnościami, ale jakoś nie udaje im się nigdy przeszeregować liter alfabetu. “A” pozostaje “A” ; “ Z” nadal okazuje się “Z”.  

Zbyt wiele jest uwarunkowanych genetycznie różnic byśmy mogli stać się idealnie podobni, stworzyć idealny związek i w idealnej harmonii żyć do końca naszych idealnych dni!  Zaglądam do książki “Płeć mózgu” (A. Moir i D. Jessela) i czytam w niej: “Mężczyźni chcą seksu, kobiety chcą związków między ludźmi. [...] Ona szczerze chce, aby on wyraził swoje uczucia i myśli [...] on chciałby, aby ona dała mu święty spokój”. W każdej sytuacji napotkać możemy piętrzące się bariery różnic, które krok po kroku, malutkimi smagnięciami zabijają doskonałość związku...

Moja przyjaciółka w przeciągu kilku dni skreśliła wieloletni związek, znajoma szykuje się do rozwodu z mężem a koleżanka ma w tym roku już trzeciego partnera... [niestety – w wyżej wymienionej książce podano, że : “kobiety zrywają związki uczuciowe częściej niż mężczyźni. (...) Poszukując miłości, potrafią one zarazem ocenić szanse na sukces lub przegraną kolejnego związku. (...) Kobiety skłonne są zachowywać się w sprawach serca bardziej pragmatycznie, niż mężczyźni.” ] ...

Szybko podejmowane są uczuciowe decyzje i szybko kwitowane długoletnie relacje. Po jednym zdecydowanym słowie, po jednym zdecydowanym machnięciu długopisem pozostaje pustka. W miejscu, gdzie istniało “my” teraz jest już tylko “on” , “ona” a pomiędzy – wrogie oskarżenia...

Patrzę na moich rodziców. Mimo, że nie byli idealnym małżeństwem, udało im się przeżyć 25 wspólnych lat. Kiedy analizuję ich charaktery, nie dostrzegam żadnej spójności, żadnych wspólnych pasji ani zainteresowań. Stanowią przykład połączenia całkowitych skrajności. I ile burz z tego wynikło, ile łez się przelało, to pamiętają tylko ich serca, pełne urazy, i może jeszcze ja ... Nadal jednak trwają przy sobie i , kto wie, może te pożary w ich małżeństwie podsyciły miłość tlącą się w nich od dnia ślubu (zgodnie z twierdzeniem, że najgorsza w związku jest obojętność wobec partnera) ... A może są ze sobą, bo połączyli się raz i świadomość tego nie pozwoliła im nigdy dać kroku wstecz, który przekreśliłby wszystko. I potrafią jeszcze pójść na spacer trzymając się za rękę, niczym ja z moim eks – jeszcze nie tak dawno temu. I potrafią obstawać za sobą, gdy ja wytykam im przewinienia. Słyszę wtedy: “Oj! Daj spokój. Nie znasz go? On już taki jest i pogódź się z tym!” ... I może właśnie w tym tkwi tajemnica ich sukcesu; sukcesu każdego małżeństwa “starej daty”...

“To nieprawda , że miłość upodabnia. Jest to prawdziwe tylko w odniesieniu do sympatii, do rozmyślnie wybranych znajomości, w których szukamy jeszcze jednego dobra do przyswojenia sobie, oddźwięku nas samych w kimś podobnym. Miłość pełna jest źródłem odmienności, uznaniem i pragnieniem kogoś drugiego jako kogoś odmiennego. Sympatia przynależy jeszcze do natury, miłość jest już nową formą bytu. Miłość zwraca się do swego przedmiotu ponad jego naturą, chce jego urzeczywistnienia się jako osoby, jego wolności, niezależnie od jego wad, które nie liczą się w jej spojrzeniu: miłość jest ślepa, lecz jest to ślepota jasnowidząca.” ...

[T. Płużański: Mounier. r. Komunikacja)

Ten fragment zainspirował mnie do powyższych przemyśleń, lecz i tak nie mogłabym wyrazić tego lepiej.

O szlag! Ale się rozpisałam! Muszę skończyć z takimi notkami. J